O kilku analogiach między Scrumem a NVC

Bardzo krótko tym razem, bo na świeżo po warsztatach NVC, o kilku analogiach pomiędzy Scrumem jako frameworkiem na drodze do zwinności, a metodą czterech kroków w Porozumieniu bez przemocy (Nonviolent Communication).

Zarówno Scrum jak i cztery kroki w NVC to tylko pewne ramy, rusztowanie pomocne w osiągnięciu celu i realizacji dużo szerzej rozumianej filozofii, wykraczającej poza samą metodę i jej mniej lub bardziej ścisłe reguły. I tak jak w przypadku Scruma celem jest zwinność zespołu i organizacji, tak w przypadku NVC celem jest głęboki i autentyczny kontakt z drugą osobą. Obie metody na początkowym etapie mogą wydawać się sztuczne, wywoływać pewien dyskomfort, czasem potężne ciarki wstydu, ale też wewnętrzny opór i przekonanie, że stosowanie się do proponowanych przez nie reguł to strata czasu. Kusi pójść na skróty, zadeklarować, że odkryliśmy własną ścieżkę i od teraz jesteśmy post-agile, a empatyczna komunikacja to coś co zawsze przychodziło nam zupełnie naturalnie. I choć wierzę, że w pewnych okolicznościach jest to możliwe, to jednocześnie jestem pesymistą i uważam to za arcytrudne i bardzo rzadkie. Bo gdyby chodziło tylko i wyłącznie o wyrobienie sobie nowych nawyków na zupełnie „czystej karcie” to problem byłby znikomy. Niestety zarówno w przypadku zwinności jak i empatycznej komunikacji chodzi przede wszystkim o rezygnację ze starych, zinternalizowanych i zautomatyzowanych nawyków. Zespoły developerskie bardziej niż nauczyć się programowania w parach czy mob programmingu potrzebują oduczyć się pracy indywidualnej, a na drodze do komunikacji opartej na uczuciach i potrzebach stoją ćwiczone latami kije, marchewki, oceny i pochwały.

Dlatego, żeby nie wylać dziecka z kąpielą, jestem zdania, że zanim porzuci się całkiem jakąś metodę lub zacznie przy niej majstrować, warto dać sobie trochę czasu i spróbować postępować „by the book”. Pomocne w odnalezieniu się na tej drodze do doskonałości mogą okazać się modele Shu-Ha-Ri czy cztery fazy kompetencji Noela Burcha.